Moje przygody z Beskidy MTB Trophy 2017

dnia

Finisher_beskidy_mtb_trophyNo to kolejne – czwarte – Trophy za mną. Ocenę tego, że jeżdżę na dystansie mega już Wam pozostawiam, czy warto brać moją opinię pod uwagę… póki co nie czuje się na siłach ścigać się równym, mocnym tempem na dłuższym dystansie 😉 Biorą pod uwagę te cztery imprezy, mogę powiedzieć zdecydowanie, że tegoroczna była najtrudniejsza. Nie tylko pogoda odróżniała ją od poprzednich edycji, ale i trasa zmierza we właściwym dla regionu kierunku. Sam sobie jeszcze dodatkowo dołożyłem garba w postaci własnej arogancji i (jak by nie było) głupoty, co w efekcie pozwoliło otrzymać sporą ilość lekcji wartych przemyślenia.

Beskidy_mtb_trophy_2017Beskidy MTB Trophy zaczyna się zawsze w czwartek – Boże Ciało – jednak moja relacja zaczyna się dzień wcześniej – problemami. To, że podczas tej etapówki nie będzie łatwo domyślałem się już w środę, kiedy problemy żołądkowe zerwały mnie z łóżka dosyć wcześnie nad ranem. Robiłem co mogłem, żeby przywrócić organizmowi utracone minerały i wodę, jednak w czwartek okazało się to dalece niewystarczające. Zamiast walczyć z konkurentami, ja walczyłem ze samym sobą i traciłem kolejne pozycje. Pierwsze szybkie zjazdy, po średnio trudnych sekcjach nie były w stanie pomóc. Mój organizm kompletnie nie potrafił odnaleźć się w wyścigowych warunkach  – puls osiągał maksymalne wartości, mimo, że pomiar mocy wskazywał moje przeciętne wartości. Na najsztywniejszej części podjazdu pod Czantorię Wielką czułem się jak dublowany – z taką prędkością mijali mnie konkurenci. Całe szczęście po wjeździe na ten szczyt czekał nas dosyć długi zjazd – może nie najdłuższy, ale zdecydowanie najtrudniejszy technicznie, co dla mnie okazało się zbawieniem. Trawa, która tradycyjnie dla tego miejsca, przechodzi w szuter gruboziarnisty i później, beskidzkie telewizory na dosyć sporym nachyleniu, nastręczyła zawodnikom tyle problemów, że nie zdołałem zliczyć ilu z nich wyprzedziłem tylko na tej części trasy. Kiedy podjeżdżałem pod Soszów – czyli mniej-więcej na 38 kilometrze trasy – znalazłem swój rytm… tyle, że w tym momencie miałem już pusty bukłak (1,5 l lekkiego izo). Dobrze, że zapobiegliwie zabrałem również bidon, bo byłby problem z dokulaniem się do bufetu. Po Soszowie zjazd zrobiony swoim tempem – bo niewielu było do wyprzedzania i bufet! Tam napełniłem bukłak półtora litrem wody i udałem się na ostatni tego dnia podjazd – Kiczory. Łagodnie pnący się do góry podjazd w połączeniu z dużą ilością płynów (na ostatnich kilometrach wypiłem drugi tego dnia zbiornik) ustabilizował moje samopoczucie. To był jedyny moment w którym czułem się naprawdę optymalnie. Serce i nogi pracowały wspólnym rytmem… ale to było znacznie za późno, żeby o cokolwiek walczyć. Na zjeździe jeszcze udało się kogoś wyprzedzić, ale ostatecznie skończyłem na 10 miejscu OPEN i 6 w kategorii.

fullsizeoutput_8a3Na starcie dnia drugiego stanąłem pełen optymizmu. Nogi nie czuły trudu dnia poprzedniego, bo serce nie pozwoliło im się za bardzo zmęczyć. Od samego początku udawało mi się trzymać kontakt wzrokowy z czołówką, mimo, że moje nogi zawsze długo osiągają swój optymalny rytm. Tego dnia było do przejechania ponad 60 kilometrów wiec wiedziałem, że „mam czas”. Szło dobrze – to co traciłem na podjazdach do zawodników którzy ostatecznie skończyli na 4-8 miejscu, odrabiałem na zajadach. Niestety na wysokości  Suchej Góry – niewiele przed zjechaniem się z dystansem classic, wbiłem coś w tylną oponę. Dziura była na tyle duża, że co chwilę mleko rozszczelniało się i traciłem ciśnienie. Podjazd pod Prusów jechałem na naprawdę miękkich nogach i wysokiej, dla mnie, kadencji, żeby jak najmniej dynamicznie dociążać tylne koło. Wiedziałem, że bez zmiany na dętkę się nie obejdzie. Na miękkiej gumie pokonałem cały zjazd do Milówki w tempie bardziej przypominającym wystraszonego emeryta, niż optymalnym dla zawodnika MTB. Pozwoliłem sobie na takie zachowanie bo wiedziałem, że niewiele dzieli mnie od bufetu na którym będzie serwis. Wyszedłem z założenia, że szybciej napompuję kichę ich pompką niż tą moją mini 😉 Na samym zakładaniu dętki straciłem dokładnie 5 minut. Dodając do tego czas jakiego nie nadrobiłem na najdłuższym tego dnia zjeździe (dodatkowo dosyć trudnym) myślę, że kapeć kosztował mnie jakieś 7-8 minut. Kiedy zobaczyłem kogo jest mi dane wyprzedzać, zwątpiłem w dobry wynik. Płaska, indywidualna jazda na czas, z „przyjacielem” na kole, z Milówki przez Kamesznicę pod ostatni tego dnia podjazd – Gańczorkę – wykończyła mnie fizycznie na tyle, że ledwo starczyło sił psychicznych na sam podjazd. Zjazd okazał się być samą przyjemnością i nadrobieniem kilku pozycji. Ostatecznie zakończyłem 11 open i 6 w mojej kategorii.

klocki_hamulcowe_po_jednym_etapie_Beskidy_mtb_trophy_2017Trzeciego dnia dostałem najbardziej bolesną lekcję. Bolesną, bo wywróciłem się na tyle mocno, że mnie przytkało – ale to tylko ból fizyczny. Bardziej bolesna była lekcja dotycząca mojego podejścia do sprzętu, połączona z umiejętnościami technicznymi. Trzeci – neutralizowany dla dystansu classic do długości mega – reprezentował to czego najbardziej trzeba się obawiać na tej etapówce. W piątek popołudniu nastąpiło oberwanie chmury i gliniasto-trawiasta trasa trzeciego etapu zmieniła się w błotną masakrę. Chyba nigdy nie było mi dane jeździć w takim błocie. Nie zrozumcie mnie źle – jeżdżę w błocie, nawet regularnie lubię w nim się potaplać… ale w „mojej” części Beskidów TAKIEGO błota nie ma! Krążące o Trophy legendy mówiły, że taki etap może się trafić, ale ja ją zignorowałem i kompletnie się nie przygotowałem pod względem sprzętowym (czyt. błotnej opony u mnie w garażu nie ma żadnej!). Dodatkowo, po incydencie dzień wcześniej musiałem założyć starszą i nadgryzioną przez kilometry oponę z równie drobnym bieżnikiem co poprzednia.  Tak jak pisałem wcześniej – zemściło się to na mnie boleśnie bo gleby były trzy. Bolało również to, że na zjazdach kompletnie nie byłem w stanie jechać bo pływałem od lewej do prawej strony szlaku (albo i dalej), a na podjazdach na każdy obrót koła przypadała połowa obrotu w poślizgu… i nic nie pomagało znajdowanie trakcji w trawie :/ Oberwały też hamulce – klocki które są na zdjęciu powyżej miały przed tym wyścigiem góra 200 km, a tak prezentowały się po drugim dniu. Powiem, szczerze, że o tym etapie nawet nie chce mi się pisać – wolę o nim jak najszybciej zapomnieć. Skończyłem go 19 open i 8 w kategorii.

IMG_0352Do ostatniego etapu miałem stosunek ambiwalentny. Po trzech kiepskich dniach nie miałem najmniejszej ochoty się ścigać – pozytywem było to, że to dzień ostatni i chciałem ten dramat jak najszybciej skończyć. Ściganie odpuściłem praktycznie od początku chcąc fajnie się pobawić przede wszystkim na dobrze znanych mi zjazdach. Tak jak od początku przypuszczałem, na pierwszym zjeździe była powtórka z dnia wcześniejszego ale ratowało mnie to, że w błocie były punkty podparcia w postaci głęboko zakorzenionych kamieni. Więc wyprzedzanie zbiegających było czystą przyjemnością. Dwa kolejne podjazdy przeplecione szybkim i nudnym zjazdem kompletnie nic dla mnie nie zmieniły. Na pierwszym punkcie kontrolnym zameldowałem się na 16 pozycji, co w połączeniu z moim stosunkiem do tego etapu było wynikiem całkiem spoko. Podjazd pod Malinów był przyjemnością z posiadania fulla, który kiedy tylko byłem w stanie jechać a nie wypychać, wygładzał wszystko co znajdowało się pod kołami. Kiedy już doczłapałem się na szczyt nastąpiła największa tego dnia przyjemność  – długi, szybki (ale techniczny) zjazd pod Cieńków. Czwarty tego dnia podjazd był pierwszym na którym zauważyłem słońce, dzięki czemu odzyskałem jako-taki balans psychiczny i chęć do ścigania. Szczęście dopisało i od tego momentu było z kim „poprzeciągać linę” do linii mety. Zjazd pod zameczek prezydencji kompletnie bez historii, a sam podjazd to trzymanie równego tempa i nie stracenie zbyt wielu do kolegów w „niedoli”. Zdecydowanie pomogła mi znajomość tego podjazdu, dzięki czemu zaczynając ostatni interwałowy zjazd byłem pierwszy w kolejce. Przejazd po Istebnej był samą przyjemnością w mocnym tempie. Oprócz połowy dnia drugiego to był jedyny moment, w którym czułem nieskrępowaną przyjemność z jazdy. Tego dnia zameldowałem się 14 open i 7 w kategorii.

Po czterech dniach, w klasyfikacji generalnej zająłem 12 miejsce i 6 w mojej kategorii. Biorąc pod uwagę ilość przeciwności losu to wynik i tak całkiem niezły – choć liczyłem na więcej. Muszę jednak przyznać jasno – na pudło, nawet w optymalnych warunkach, szans nie było. Mega przestało być ogórkiem, na którym amatorzy na moim poziomie są w stanie walczyć o najwyższe lokaty. Dystans jaki mnie ostatecznie dzielił od podium w kategorii był zdecydowanie poza moim zasięgiem. Gdzie mógłbym się znaleźć – pisać nie będę, bo nikogo niechciałbym urazić. Jestem, tam gdzie jestem. Bogatszy o kolejne doświadczenia… Teraz nie pozostało nic innego jak czekać na koniec maja 2018 kiedy ruszy kolejna edycja tej imprezy 😀

Marcin

fot. Katarzyna Serafin ; BikeLife

Jeden Komentarz Dodaj własny

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s