Mam tę moc! Czyli wrażeń z pomiaru mocy ciąg dalszy.

dnia

To już grubo ponad 4 miesiące odkąd moje treningi zmieniły podstawowe narzędzie badawcze – pojawił się pomiar mocy. Pierwszymi wrażeniami podzieliłem się z Wami w tym poście – KLIK. W międzyczasie w korbie Stages musiałem wymienić baterię, odbyło się sporo treningów w ujemnych temperaturach, kilka podczas których temperatura mocno się zmieniła, pochorowałem się i miałem okres z odmiennymi wskazaniami w stosunku do oczekiwań… no i nareszcie nastąpił progres formy. Generalnie „działo się”.

W połowie stycznia dopadło mnie dosyć dokuczliwe przeziębienie… na tyle mocne, że odbiło się na moich węzłach chłonnych, które zdecydowały się przyjąć rozmiar piłeczki golfowej. Niestety – tak to bywa, kiedy trenuje się w mocno ujemnych temperaturach, w smogu, niekoniecznie dobrze się wysypując w nocy. Całe szczęście obyło się bez antybiotyku. Treningów wielu nie zawaliłem – wycięło mnie na 10 dni. Od mojego powrotu do zdrowia trenowania minęło dokładnie 6 tygodni – dwa pełne cykle treningowe. Odnoszę wrażenie, że do treningów wróciłem lekko niedoleczony, a dostrzegalne to jest właśnie przez pryzmat pomiaru mocy.

img_1474Trzy pierwsze tygodnie, poza jedną bombą spowodowaną dietą o zubożonej ilości kalorii którą sobie wprowadziłem, wyglądały całkiem normalnie od strony rytmu serca. Jeździło się względnie dobrze, na interwałach serce zachowywało się powtarzalnie. No właśnie – serce… ale nie nogi. Pomiar mocy okazywał się bezwzględny. Interwały na progu mleczanowym (FTP) wyglądały słabo. To ile subiektywnie kosztowało mnie utrzymanie zadanej mocy było kompletnie nieadekwatne do analogicznego okresu w cyklu przed infekcją – zamiast 300-310W, Stages bezwzględnie pokazywał, że kręcę 280W. Konsultacje z trenerem, z dietetyczką, praca z własną głową… na niewiele się to wszystko zdawało. Na domiar złego, pojawił się stres w domu i pracy – mieszanka tego wszystkiego kradła w całości przyjemność z trenowania. Ostatni tydzień pierwszego cyklu wyglądał dramatycznie – zakończony treningiem na jednej wielkiej bombie. Przy kolejnym, z przyczyn zawodowych, odpuściłem luźny trening (wtorek). Następnego dnia, na kolejny trening, nie miałem siły – ból w mięśniach od pierwszego przekręcenia korby – więc też go odpuściłem. To był moment w którym psychika siadła. W głowie już miałem, że rzucam tym trenowaniem w cholerę – biorę się za turystykę… Czwartek planowo – wolny, a w piątek znowu nie było motywacji żeby wsiąść na rower… ale żona wypchnęła mnie na trening (i dzięki jej za to!). Ruszając – w głowie – dałem  sobie weekend. Jeśli po 4 dniach regeneracji i zmianach w diecie, które mają mi dać więcej energii na treningu, dalej będzie lipa z watami – odpuszczam. Ale okazało się, że właśnie tych czterech wolnych dni (poniedziałek-czwartek) było mi trzeba… waty wróciły na swoje miejsce, mięśnie już nie błagały o litość od pierwszych minut treningu, a płuca przestały hiperwentylować na najmniejszej zmarszczce. Nie rozmawiałem o tym z trenerem, ale odnoszę wrażenie, że gdybym te cztery dni odpuścił zaraz po infekcji, to trzy kolejne tygodnie mogłyby wyglądać zupełnie inaczej… a serce w tym wszystkim pracowało praktycznie bez uwag.

img_1503Ale dosyć tych smutów… ten czas to również, jakby nie było, dalszy kontakt z korbą Stages. Po około trzech miesiącach użytkowania pojawiła się potrzeba wymiany baterii. Z deklarowanych 200 godzin pracy na baterii nastąpiło to o 50 godzin szybciej. Tłumaczę to faktem, że treningi odbywały się w większości przy ujemnych temperaturach, za którymi baterie nie przepadają. Potrzeba wymiany objawiła się img_1504komunikatem na ekranie Garmina – bateria w mierniku mocy jest słaba. Spodziewałem się, że kiedyś to musi nastąpić, więc zawczasu uzbroiłem się w rezerwową, płaską baterię typu CR2032. Sama wymiana to coś banalnie prostego – palcem odkręcamy pokrywkę na której znajduje się element do wymiany. Czynność, wraz z ponownym skalibrowaniem, nie zajęła 5 minut.

img_1441

Pogoda – jaka jest – każdy widzi. Za oknem codziennie śnieg lub plucha, więc miernik mocy na stałe zagościł do przełajówki. Może nie wygląda to nazbyt estetycznie – bo korba w tym rowerze to stara Tiagra, ale czy ten rower w ogóle wygląda estetycznie z tymi wszystkimi błotnikami i lampkami ;D Ruszając na trening kompletnie nie przykładam uwagi do tego co jest za oknem, dlatego gruby kożuch z zaschniętego błota niejednokrotnie zakrywał napisy znajdujące się na ramieniu. Myślę, że ilość wody (i śniegu) jaka przelała się po korbie można liczyć w litrach. Stages posiada stopień szczelności IPX7. Oznacza to, że na czas do 30 minut możemy ją zanurzyć na głębokość 1 metra… hipotetycznie wygląda OK, ale pamiętajmy, że wymiana baterii jest wykonywana w zaciszu własnych czterech ścian, a nie w warsztacie – jak w przypadku innych producentów. Z tego właśnie powodu dosyć mocno się obawiałem czy wszystko jest zaprojektowane jak należy i póki co – bezzasadnie. Po wymianie nie widać żadnych śladów przedostawania się wilgoci do wewnątrz urządzenia. Plus dla Stages za łatwość obsługi.

img_1494-1Jeśli chodzi o kolejne wrażenia z treningów – tutaj absolutnie bez zmian. Trening z w oparciu o wskazania pomiaru mocy to zupełnie inna historia. W ostatnich tygodniach siły powróciły, a w moim kalendarzu pojawiły się kolejne powtórzenia interwałów… w takich przypadkach pomiar sprawdza się doskonale. Pełna kontrola. Możliwość wykonywania pracy na równym poziomie od pierwszej do ostatniej minuty powtórzenia. Bez szarpania tempa, ale z mocno narastającym zmęczeniem. Taki rodzaj wysiłku, który w przypadku pomiaru tętna, był dla mnie absolutnie poza zasięgiem. Jednak nie samym interwałem trening się toczy. Pomiar mocy, mimo że teoretycznie mniej przydatny, w przypadku długich treningów w tętnie bazowym – również jest w stanie wskazać progres (lub regres). Bazę na płaskich pętlach, za radą trenera, opieram o rytm serca. Do tej pory zmiany formy można było obserwować jedynie na czasie w jakim pokonałem dany odcinek. Taka forma podsumowania ma jednak ogromną wadę jaką są czynniki zewnętrzne – w największym stopniu wiatr, w mniejszym ruch uliczny czy opad atmosferyczny. Dzięki podsumowaniu wynikającym ze średniej mocy z danego odcinka postęp widać jak na dłoni.

img_1439Kilka z moich treningów odbyło się w zmiennej temperaturze. Ich amplituda może nie była jakaś gigantyczna, ale potrafiła wahać się od kilku stopni na plusie, podczas startu w okolicach domu i spadała do 2-3 poniżej zera na przełęczach. Stages, teoretycznie, posiada wbudowaną kompensację temperatury. Wydaje mi się jednak, że nie działa ona zbyt skutecznie. Oczywiście może to być jedynie subiektywne wrażenie… kiedy trening z większym obciążeniem odbywa się w dużo niższej temperaturze niż kalibracja na początku treningu, zawsze utrzymanie zadanej strefy mocy kosztowało mnie „za dużo” i koniec-końców było szarpanie i to w dolnych widełkach zakresu. Z tego powodu postanowiłem kiedyś skalibrować pomiar w trakcie treningu (między powtórzeniami) i kolejne interwały okazały się być „lżejsze”. Od tego czasu zawsze przed właściwą częścią treningu interwałowego zatrzymuję się i kalibruję pomiar na nowo. Proces ten nie jest czasochłonny – zajmuje z górką 30 sekund, ale muszę o nim pamiętać. Dotychczas to jedyna wada, jaką udało mi się dostrzec w produkcie Stages.

Marcin

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s