Po co mi to kolarstwo?

dnia

Czas kiedy rower był dla mnie tylko i wyłącznie sposobem na spędzenie wolnego czasu i poprawienie swojej kondycji zdrowotnej dawno odszedł w zapomnienie. Jestem pewien, że nie wydarzyło się to na stałe. Jednakże dopóki mam możliwość takiego kształtowania sobie czasu, że przez treningi nie zaniedbuję rodziny i pracy, a na zdrowie nie narzekam – dopóty na rower będę patrzył przez pryzmat rywalizacji sportowej.

9948986_origWielokrotnie na swojej drodze spotykałem ludzi dla których zagadkowe jest to, po co tak mocno angażuję się w aktywne uprawianie sportu. Dla większości „nierowerowych” ludzi percepcja kończy się na weekendowych wypadach do parku na godzinkę czy półtorej i może jeszcze jednym w środę żeby zostać w formie… to wszystko oczywiście kiedy pogoda dopisuje. Nie myślcie sobie, że w jakikolwiek sposób gardzę osobami które dziwią się, że trenuję średniorocznie jakieś 12 godzin tygodniowo. Jestem zdania, że każdy powinien mieć swoje zdanie i wolność w kształtowaniu swojego świata według własnych potrzeb… dziwi mnie tylko dlaczego niektórzy nie potrafią zrozumieć mojego sposobu kształtowania mojego świata. Najbardziej zaskoczone moim zaangażowaniem są osoby, które same nie mają żadnego hobby. Po pracy przychodzą do domu, wskakują w przysłowiowe kapcie, otwierają co tam lubią do picia, odpalają kanał z serialami i wegetują. Osobom, które mają jakikolwiek życiowy cel – ot, choćby sklejanie modeli samolotów – dużo łatwiej przychodzi zrozumienie „po co mi to kolarstwo”. Potrafią odnaleźć się w kompletnie obcej rzeczywistości ale posiadającej – czasem tylko jeden – wspólny mianownik – PASJĘ! To właśnie posiadanie pasji jest kluczem. W zasadzie tutaj mógłbym skończyć – trenowanie kolarstwa stało się moją pasją. Koniec. Kropka… jednak nie skończę. Może przez emocjonalny ekshibicjonizm, może przez bezczelną potrzebę grafomanii, a może przez coś innego – sami oceńcie.

IMG_0318.JPGZawsze będę twierdził, że moja żona – mimo, że nie jest moim największym motywatorem (w szczególności jeśli mowa o trzymaniu diety), to z pełnym przekonaniem twierdzę, że jest moim najwierniejszym kibicem. Kiedy ma się rodzinę z którą chce się spędzać maksymalnie dużo czasu, wsparcie i zrozumienie dla Twojego hobby, płynące od partnera jest niezwykle istotne. Śmiem twierdzić, że bez niego osiągnięcie sukcesu – nawet w wymiarze osobistym – jest wręcz niemożliwe. Kiedy w domu nikt nie suszy Ci głowy – ba! nawet wspiera i wypycha na te najtrudniejsze, zimowe treningi – to podkopywanie sensu tego co robisz płynące od innych członków rodziny jest prawie nieodczuwalne. Ale nici z dodatkowej motywacji, jeśli brak tej pierwotnej. To właśnie z tego powodu salony fitness – już niedługo, bo z początkiem nowego roku mają swoje złote żniwa. Ludzie bez głębszej motywacji kupują w styczniu kwartalne karnety tylko po to, żeby w lutym wejść na step albo inny indor cycling zaledwie dwa razy. Noworoczne postanowienie to dla nich zdecydowanie za mało… wcale się nie dziwię. W treningu – jak w życiu – trzeba mieć jakiś cel. Dlatego ja z roku na rok staram się stawiać przed sobą wyższą poprzeczkę. Niestety kolarstwo to nie podnoszenie ciężarów czy skok wzwyż, gdzie progres jest jednoznacznie mierzalny, wręcz namacalny. Zmienne jakie panują w peletonie, czy nawet na hipotetycznej samotnej, testowej pętli są na tyle istotne, że mocno zaburzają mierzalność postępu. Jeśli ktoś lubi cyferki to autentyczny postęp można zweryfikować tylko badaniami wydolnościowymi… i w zasadzie ten postęp uratował moją motywację do przygotowania się w nadchodzącym sezonie. Oczywiście nie badania wydolnościowe są celem – celem są zawody. Jednakże w przypadku takiego amatora jak ja, traktowanie ich jako wyznacznika postępu nie jest miarodajne… dlaczego? Oczywistym dla wszystkich jest, że nie jestem zawodnikiem z czołówki pucharu świata czy nawet Polski (nawet nie miasta – może osiedla, choć i to wątpliwe) ale… wyobraź sobie, że na obu naimg_1073jważniejszych imprezach Twojego sezonu pojawiają się konkurenci kompletnie poza Twoim zasięgiem. Wypaczenie iluzorycznego postępu – mierzonego w zdobytych medalach – jest nieuchronne. Dodatkowo, kiedy w jednej z tych imprez, mimo hipotetycznego braku szans na medalową pozycję, zdobywasz przewagę, którą zabrać Ci może jedynie brak zdrowia (na które kompletnie nie narzekasz przez cały sezon) trafia się łamiąca kości i rozmiękczająca mięśnie angina (druga w życiu) odbierająca dwa medale – solo (brąz) i w parze (złoto). Taka impreza, na tle poprzednich edycji, w których startowali jedynie stu procentowi amatorzy wśród których byłeś wielokrotnie na podium, nie może być wyznacznikiem. Przebiegu zawodów jak wyżej opisane ja nie muszę sobie wyobrażać – to jest fakt z mojego zeszłego sezonu. W takiej sytuacji krótkoterminowe znalezienie motywacji do wyjścia na rower graniczy z cudem… nie życzę nikomu. Dlatego zrobione – jak co roku – na zakończenie sezonu, badanie wydolnościowe, pokazujące znaczny wzrost wydolności zmotywowało mnie do dalszej pracy. Taki pojedynczy bodziec jest dla mnie istotny.

Jednak, żeby odnaleźć się w rygorze treningowym sportograf-62311502potrzeba czegoś więcej niż nakreślenia sobie celu i próba realizowania go. Do skrupulatnego wykonywania planu treningowego niezbędne jest bycie typem zadaniowca, ew. trzeba zrozumieć zależność przyczynowo skutkowe w treningu wytrzymałościowca i realizować je – solidnie ułożona jedna cegiełka pozwoli równie dobrze ułożyć inną i tak przez cały sezon. Jeśli chodzi o rower – to zdecydowanie lubię wiedzieć co mam robić. Podoba mi się opcja posiadania trenera i realizowania jego planu i koncepcji (wynika to pewnie z faktu, że zawodowo zajmuję się „podejmowaniem decyzji”, więc jeśli robię coś tylko dla przyjemności to wolę z tego przymusu być zwolnionym). Inną sprawą jest to, że trzeba się do tego nadawać – według mnie trzeba mieć do tego pewnego rodzaju predyspozycje. Nie myślę tutaj o uwarunkowaniach genetycznych, których – jeśli chodzi o parametry wytrzymałościowca – ja nie mam kompletnie. Myślę tutaj o predyspozycjach psychicznych. Nie można mieć mentalności szukającej ciągłych wymówek – co prawda nie przepadam za wstawkami uniwersalnych „mówców motywacyjnych”, ale… albo masz wymówki albo masz efekty. W realizacji bardzo pomaga odnalezienie „duchowej” przyjemności. Ja kolarstwo górskie uprawiam dlatego, że poza morderczymi podjazdami, są zjazdy z których czerpię niebywałą frajdę – nie tylko sprawiają mi przyjemność, ale podobno całkiem nieźle mi wychodzą – jak na kompletnego amatora i naturszczyka. Dla mnie to połączenie jest niezbędne… coś dla ciała – upodlenie się na podjeździe, coś dla ducha – szaleńczy zjazd w trudnym terenie. Gdybym lubił tylko to pierwsze – jeździłbym na szosie, gdybym chciał tylko zjeżdżać – uprawiałbym dh albo inne enduro. Fakt – zimą mało jest zjazdów… ale wtedy żyję myślą o wiośnie 😉 Z MTB jest trochę jak z biatlonem – męczysz się przez powiedzmy 20 minut z podjazdem i żeby wszystkiego nie zepsuć musisz szybko uspokoić organizm, bo zjazd wymaga koncentracji, skupienia i często błąd kończy się w najlepszym przypadku krzakami albo defektem, a w gorszym – transportem medycznym na najbliższą urazówkę.

IMG_1184.JPGCo mi to daję? To chyba proste – satysfakcję! Pierwszym takim sukcesem było załapanie się przeze mnie w 2014 roku do czołowego sektora Bike Maratonu. Pamiętam to jak dzisiaj, kiedy z kumplami siedziałem po maratonie przy samochodzie i na piasku, kawałkiem patyka wyliczałem ze wzoru jaki wychodzi mi współczynnik sektora do następnych edycji… sprawdzałem to trzykrotnie, bo nie mogłem uwierzyć. Ale to było niczym w porównaniu do tego, kiedy pierwszy raz – podczas Beskidy MTB Trophy w 2014 roku na dystansie mega – mogłem stanąć na podium. To uczucie było jak żadne inne. Pewnie, że można nazwać wyścig na tym dystansie ogórkiem… ale mimo wszystko, ogórek czy nie – ja byłem (i ciągle jestem) amatorem, który zaczął treningi ok. trzydziestki – cieszyłem się wtedy jak dziecko. Sytuacja w której wszystkie oczy amfiteatru w Istebnej skierowane są na Ciebie, wchodzącego na scenę i otrzymującego puchar/medal jest rewelacyjne. W roku 2014 i 2015 udało mi się wchodzić na podium w sumie pięciokrotnie. W roku 2016 stawałem jedynie (albo aż, bo konkurencja była zdecydowanie mocniejsza) raz podczas Trophy i raz na Gwieździe Południa. Feralna sytuacja z chorobą, o której pisałem wcześniej, miała miejsce na Gwieździe – górskiej imprezie organizowanej przez Cezarego Zamanę. Mogłem (w zasadzie miałem w kieszeni) tam ostatecznie zająć indywidualnie gwiazgda_poludnia_2016_05trzecie miejsce, a w parze z Rafałem Nogowczykiem z Fan-Soprt Pro Cycling byliśmy w wymiarze czysto sportowym – nieskromnie mówiąc – nie do ruszenia… No cóż – taki jest sport. Oczywiście w Bike Maratonie dalej łapałem się na pierwszy sektor w każdej z edycji. To, że medali było mniej nie oznacza, że również poziom satysfakcji spadł. Pierwsze dwie edycje Trophy były pewnego rodzaju zaskoczeniem, bo kompletnie nie śledziłem list startowych. W tym roku jednak wiedziałem, że konkurencja będzie mocna na obu etapowych wyścigach, więc ten jeden – na każdej z imprez – wywalczony, wręcz wyszarpany, brązowy medal, smakował lepiej niż każde z dziesięciu poprzednich. Myślę, że z tego wszystkiego co do tej pory „osiągnąłem” również wynika fajna motywacja – może kiedyś uda się gdzieś stanąć na najwyższym stopniu podium… z taką myślą celuje w każdy Nowy Rok 😉

MARCIN

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s