Jak przeżyć zimę – czyli moja walka z chłodem.

dnia

IMG_1180.JPGCo prawda kalendarzowa zima dopiero u nas zawitała, ale pogoda od jakiegoś czasu nas nie rozpieszcza, w związku z czym otrzymałem kilkanaście wiadomości z pytaniem o to „jak się ubieram na takie warunki”. Pytaliście w zasadzie o wszystkie części garderoby – buty, skarpety, bieliznę termoaktywną, bluzy, kurtki, kominiarki, czapki, rękawiczki… ale pojawiały się również pytania o sprzęt. Sam nie lubię zimna, a jeszcze bardziej nie lubię marznąć. Przez ostatnie cztery sezony zimowego trenowania przeszedłem prawdziwą szkołę (prze)życia. Wcześniej też jeździłem zimą – a jakże, ale ograniczało się to do kilkudziesięciu minut zabawy w lesie.

Przygotowanie

IMG_1164.JPGJestem typem zmarzlucha. Zdecydowanie bardziej lubię kiedy leje się ze mnie pot, aniżeli pojawia się gęsia skórka wywołana chłodem. Dla mnie wyjście na rower przy minimalnych temperaturach zaczyna się na długo przed wpięciem w pedały. Zanim jeszcze zacznę się ubierać, obowiązkowo muszę wypić coś ciepłego – obecnie jest to zazwyczaj filiżanka kawy, ale wcześniej wypijałem herbatę z miodem albo sokiem z malin. Nie wiem, czy ma to jakiekolwiek znaczenie dla organizmu, ale zdecydowanie pomaga mi psychicznie. Doświadczenie mnie nauczyło, żeby wszystko co mam na siebie nałożyć było przygotowane na tzw. kupce – żeby nie było później szukania po mieszkaniu zapomnianych gadżetów, dzięki czemu unika się niepotrzebnego grzania na „dzień doby” i przepacania ciuchów. Zauważyłem – co w zasadzie wydaje się być logiczne – że najszybciej wychładzają się kończyny.

Ubranie

IMG_2228.JPGOsobiście miałem największy problem z nogami, a dokładniej – regularnie wracałem z przemarzniętymi palcami stóp… Zauważyłem, że często wsiadając już na rower moje stopy były lekko zmarznięte, więc żeby zapobiec dalszemu, błyskawicznemu wychłodzeniu – grzałem je w gorącej wodzie przez parę minut i dopiero zaczynałem się ubierać. Zdecydowanie pomagało opóźnić o dobre parę minut moment w którym stopy zaczynały kostnieć. Nie wiem na ile Wy marzniecie, bo często ma to związek z subiektywnym odczuwaniem ciepła/zimna, ale u mnie kilkukrotnie przyjęło to formę fizycznej reakcji organizmu – brak czucia w opuszkach, a podczas ogrzewania piekący ból. Natomiast w nocy po treningu, w którym przemarzły mi stopy budziłem się z uczuciem palących z gorąca palców. Bardzo nieprzyjemne uczucie świadczące o odmrożeniach najniższego stopnia. Niby nic, ale powtarzane wielokrotnie zdecydowanie nie pozostanie obojętne dla zdrowia stawów. Z tego właśnie powodu moja walka z marznięciem stóp przybrała formę wojny totalnej. Na pierwszy rzut poszły solidne skarpety. Najlepsze okazały się skarpety z wełny merino, a do tego grube neopropenowe ochraniacze na buty. Rozwiązanie pomogło, ale nie było na tyle dobre, żeby móc klepać kilkugodzinne treningi. Kolejną decyzją było zakupienie zimowych butów – buty które, koniec końców i tak okazały się bardziej jesiennymi, aniżeli zimowymi, bo przy dwóch godzinach w temperatuach rzędu +5’C i tak wracałem ze skostniałymi paluchami. Modelu butów pozwolę sobie nie wymienić, bo i tak nie ma ich już na rynku… całe szczęście się rozkleiły i zostały mi zwrócone pieniądze. Obecnie jeżdżę drugi sezon w Specialized Defroster MTB i muszę przyznać, że jest to but całkiem przyzwoity. Ostatecznie i tak nie buty były ostatnim ogniwem w walce z mrozem. Były nimi ogrzewacze chemiczne. W sieciowym dyskoncie sportowym są dwie opcje – jedna przyklejana do skarpety, druga do ogrzewania dłoni. Ta druga wydaje mi się skuteczniejsza nawet w przypadku stóp – po prostu wrzucam saszetkę do skarpety od spodu stopy i dzięki temu, w ekstremalnym przypadku, byłem w stanie jeździć 3 godziny w temperaturze – 13’C… co było niezłą głupotą, bo nabawiłem się wtedy zapalenia zatok.

Nie tylko dlatego, ale również przez to, że nie miałem DCIM100GOPROG0028240.nic na głowie poza cienką czapeczką
kolarską. Po tym incydencie postanowiłem zainwestować w solidną kominiarkę… kominiarek mam w domu tyle ile głupi czapek  – ale każda była związana ze sportami zimowymi (snowboard/narty). Każda przeznaczona  była do grzania i żadna nie „oddychała” na ustach, w wyniku czego po parunastu minutach była mokra na ustach. Rozwiązaniem okazała się kominiarka Bontrager Windshell o której pisałem tutaj. Genialna sprawa pozwalająca ogrzać nawet zatoki przynosowe. Jeśli temperatura jest powyżej piątki na plusie, zakładam głęboką czapkę kolarską zakrywającą uszy i schodzącą nisko na szyję, natomiast kiedy spada poniżej piątki na minusie – zakładam i kominiarkę i czapkę. Od tamtego czasu nie miałem żadnych ponownych problemów z zatokami.

g0028646.jpgW momencie, kiedy stopy przestały być problemem, zaczęły nim być dłonie. Kiedy wyjazdy ograniczały się do 45 minut, byłem w stanie jeździć w jesiennych wiatroszczelnych rękawiczkach. Kiedy jednak treningi zaczęły być dłuższe, okazało się że jest konieczność zabrania czegoś solidniejszego. Naturalnym było sięgnięcie po to co już mam – grube, zimowe rękawice snowboardowe. Efekt okazał się identyczy jak w przypadku kominiarki – ręce początkowo grzały się niemiłosiernie, przepacając otulinę w efekcie były mokre i zamiast grzać jeszcze mocniej wychładzały. Z rękawiczkami przechodziłem podobną gehennę co ze stopami. Ostatecznie wypracowałem sobie metodę, w której odbyłem wiele kilkugodzinnych treningów w najgorszych warunkach i nigdy nie zmarzłem – dwie pary rękawic . Jedna z nich – ta cieńsza, wędruje na ręce kiedy zaczynam trening, a kiedy przemoknie lub okaże się zbyt lekka zakładam drugą – cieplejszą. Dlaczego od razu nie zakładam cieplejszej? bo niejednokrotnie okazywała się zbyt ciepła na cały trening, ręka się pociła i moczyła rękawiczkę. Obecnie w sezonie zimowym używam czterech typów rękawic – lekkie wiatroszczelne, wiatroszczelne lekko ocieplane, zimowe lekkie pięciopalczaste i mistrzowskie – trójpalczaste Bontrager RXL Softshell.

To, co wstępnie wydawało mi się najtrudniejsze 12715864_828614240582784_7221342645849355849_ookazało się nie sprawiać większych problemów. Mam tutaj na myśli tułów i nogi. Na co dzień trenuję w większości na szosie, więc nawet na największe mrozy w zupełności wystarczają mi trzy warstwy – bielizna termoaktywna,  kurtka zimowa i kurtka wiatroszczelna (deszczówka w dni chłodniejsze). Jeśli chodzi o nogi, to preferuję spodnie z wind-stoperem – kiedy temperatura spada poniżej zera zakładam spodnie bez wkładki, a pod spód spodenki które dołączane są do endurowych luźnych gaci (takie bokserki z pampersem). Kiedy temperatura jest powyżej zera w zupełności wystarczają wiatroszczelne spodnie z wkładką. To jeśli chodzi o jazdę na szosie… jazda w górach na rowerze górskim jest odrobinę bardziej skomplikowana. Jeszcze nigdy nie udało mi się ubrać na tyle optymalnie, żeby wjeżdżając powiedzmy na Szyndzielnię czy Klimczok nie być zlanym potem lub nie marznąć na podjeździe. Kiedy robi się gorąco obawiam się rozpinać, żeby nie robić sobie przeciągu pod kurtką 😉 W góry zawsze zabieram ze sobą plecak – zawsze znajdzie się miejsce (schronisko, stacja kolejki czy knajpa) w którym można z siebie zrzucić mokre ciuchy i zastąpić je suchymi z plecaka. Początkowo, kiedy ułyszałem o takiej metodzie, wydawała mi się strasznie mało praktyczna… po pierwszym razie zmieniłem zdanie o 180°. Przytulne ciepło jakiego doświadczamy wsiadając ponownie na rower jest niezastąpione 😉 Problem jest jedynie, kiedy planujemy wjechać na więcej niż jeden szczyt…

Rower i bezpieczeństwo

fullsizeoutput_46a.jpegJeśli chodzi o rower na którym najczęściej jeżdżę przy kiepskiej pogodzie to przełajówka. Do takiego zakupu przekonała mnie łatwość zamontowania pełnych błotników – nieocenione akcesorium podczas treningów w deszczu. Dzięki możliwości zamontowania opony o większej objętości i z większym bieżnikiem niż klasyczna guma szosowa, można bez problemu wjechać w lekki teren. Myślę, że dla każdego kto chociaż raz zasiadł na rowerze szosowym trudne jest wrócić do jeżdżenia po asfalcie na góralu… a rower przełajowy mimo swoich terenowych możliwości, na szosie zachowuje się (prawie) jak pełnoprawna szosówka. Mimo, że u mnie ten rower (poza ramą) to zrzut starych – często zużytych – części z szosówki, to nie wyobrażam sobie trenowania bez niego. Nie bez znaczenia jest to, że zimą jeździ się w naprawdę syfiatych warunkach dla napędu i łożysk (sól), a ja nie mam czasu poświęcać 10-13 godzin tygodniowo na same treningi i dodatkowo jakiś 4 na wyczyszczenie sprzętu po każdym treningu. Takiego roweru po prostu nie jest szkoda zostawić samego sobie z kożuchem mieszaniny błota i soli drogowej.

Zazwyczaj na przecięciu praktyczności i estetyki następuje ścieranie się opinii osób kierujących się swoimi priorytetami. Niejednokrotnie spotkałem się z opinią, że lampka wygląda „wieśniacko”, a w kurtce fluo wyglądam jak drogowiec (bez urazy dla wsi i drogowców). Z tych powodów ktoś wybierał trendy białą/czarną kurtkę, a lampka to co najwyżej mała dioda przypinana na gumce, po zmroku tylko po to „żeby była”.  Coż mogę powiedzieć… ja mam do kogo wracać po treningu. Może to moje zboczenie zawodowe – jeden z moich wyuczonych zawodów to behapowiec – ale kwestia bezpieczeństawa jest dla mnie istotna i godna zaznaczenia w poście taki jak ten. W okresie jesienno-zimowo-wiosennym znacznie częściej przychodzi nam zmagać się nie tylko z własnymi słabościami wynikającymi z trudów treningów ale również z problemami wynikającymi z okoliczności przyrody. Mgła, deszcz czy śnieg znacząco wpływają na widoczność, a co za tym idzie na moment w którym nieoświetlony i szaro-buro-biały rowerzysta zostanie zauważony. Ostatnio postanowiłem solidnie zainwestować i kupiłem lampkę, którą producent reklamuje jako widoczną z dwóch kilometrów… czy tak jest faktycznie – nie wiem, ale odnoszę wrażenie, że odkąd jej używam, samochody, które mnie wyprzedzają, robią to z zachowaniem bezpieczniejszego odstępu. Pewnie, że jest to jedynie subiektywne odczucie, ale swoistym potwierdzeniem było stwierdzenie kumpla, który nieświadomy błysku jaki nam towarzyszy powiedział: „wydaje mi się, że kultura na naszych drogach się poprawiła”.  Ale może to tylko moja nadinterpretacja… Do zakupu przedniej lampki zmotywował mnie trening, na którym była mgła taka jak na zdjęciu powyżej i pomimo jazdy w kurtce fluo dwukrotnie zostało na mnie wymuszone pierwszeństwo, bo – przypuszczam – nie zostałem zauważony. Takie wyposażenie nie jest obowiązkowe, ale jeśli chcemy przemieszczać się zimą na rowerze warto kupić najlepsze oświetlenie na jakie nas stać.

MARCIN

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s