Niech moc będzie ze mną… pierwsze tygodnie z miernikiem mocy.

ultegra6800_2.jpgDokładnie pięć tygodni temu moje podejście do treningu zmieniło się o 180°. Zmiana ta miała miejsce poprzez podjęcie decyzji o zainwestowaniu w miernik mocy. Urządzenie, którego żadnemu amatorowi kolarskiego ścigania nie trzeba przedstawiać. W zasadzie post ten jest skierowany wyłącznie do tych, którzy – w mniejszym lub większym stopniu – są nastawieni na jakąś formę kolarskiej rywalizacji. Dla garstki osób niezdecydowanych czy warto wydać minimum dwa tysiące złotych na taką pomoc. Codzienne wycieczki rowerowe mogą spokojnie obejść się bez takiego gadżetu – podobnie zresztą jak mogą się obejść bez pomiaru tętna. Nikomu oczywiście nie ujmując, bo nie każdy ma potrzebę rywalizacji – u mnie ona jest i chciałbym pomóc innym takim jak ja.

Nie bez przyczyny wspomniałem wyżej o pomiarze tętna. Być może większość trenerów się ze mną nie zgodzi – z pewnością nie zgodzi się i mój – ale uważam, że pomiar mocy to urządzenie, na którego zakup powinny się zdecydować osoby, które przeszły etap treningów właśnie z pomiarem tętna. Ja taki etap mam za sobą. Trening w oparciu o puls jest niedoskonały – to fakt, ale zorganizowanie go nie wiąże się z wydaniem sporej ilości złotówek, a usystematyzowany może przynieść spory wzrost wydolności. Pozwala poznać możliwości własnego organizmu, to jak reaguje na tzw. IMG_1073.jpgbodźce treningowe i jak kolejne treningi z tym samym obciążeniem serca potrafią wpływać na subiektywne odczuwanie zmęczenia. Nie bez przyczyny wspominam również o systematyczności. Mój ubiegły sezon był pierwszym układanym przez trenera – zgodny ze wszystkimi prawidłami treningu wytrzymałościowego. Oddałem się pod jego opiekę dokładnie na 12 miesięcy – od badań wydolnościowych w listopadzie 2015 do badań w listopadzie 2016. Wiem – najlepiej byłoby brać pod uwagę wyniki wiosna 2015 – wiosna 2016, ale w 2015 roku nie zrobiłem badań wydolnościowych, więc tych z marca 2016 nie ma do czego odnieść. Dzięki treningowi z Michałem Bogdziewiczem z bogdziewicz.com mój ftp (próg mleczanowy – najistotniejszy parametr treningu wytrzymałościowego) na początku sezonu podniósł się z 3,37W/kg do 4,11W/kg, V’O2Max (ml/min/kg – zdolność pochłaniania tlenu przez organizm) z 53,24 do 61,24 – a był to mój piąty sezon trenowania z pomiarem tętna „w ogóle”, więc nie był obciążony efektem wzrostu wydolności „świeżaka”. Jak widać, prawdziwie usystematyzowany trening z pomiarem tętna może przynieść rezultaty w stosunku do swobodnego, ale regularnego (nie)trenowania… i tutaj nasuwa mi się kolejny „temat”. Trening osoby początkującej zawsze wiąże się z gigantycznymi zmianami wydolności – postęp jest widoczny – rzekłbym – gołym okiem. Jeśli do wzrostu generowanej mocy idzie dodatkowo spadek masy (tak jak u mnie, kiedy zaczynałem treningi w oparciu o własną wiedzę) to w przeciągu jednego cyklu (4 tygodni) trening na strefach z badań wydolnościowych kompletnie mija się z celem. Dlatego – moim zdaniem – na początku drogi, nie warto inwestować w pomiar mocy, a oprzeć się o stabilniejszy pomiar tętna. We wspomnianym wyżej – moim przypadku – próg LT (powiedzmy – tętnowy odpowiednik mocowego FTP) przesunął się zaledwie o trzy uderzenia serca na minutę.

Jednak dla mnie – osoby ze względnie ustabilizowaną kondycją – czułem, że formuła treningu z pulsometrem wyczerpuje się. Jak każdy facet – jestem gadżeciażem. Lubię jak coś więcej niż tylko potrzeba spocenia się wyciąga mnie z kapci na deszczowy trening. Czasem są to nowe chwyty w góralu, czasem jest to nowy uchwyt pod garmina, a czasem (pierwszy raz w życiu) nowa metoda treningu. Długo się zastanawiałem na jaki miernik mocy się zdecydować – Stages, SRM, PowerTap, Quarq, Garmin… to i tak nie wszystko co ma do zaoferowania ta nisza. Żadne rozwiązanie nie jest uniwersalne – zakup każdego wiązałby img_1031się z jakimś kompromisem. Kilka rozmów z trenerem potwierdziło, że najważniejsze treningi z mocą to tempówki i interwały, a tego typu treningi robię na asfalcie. W takim wypadku odpadł pomysł wsadzania pomiaru do roweru MTB/startowego – pozostało dobrać rozwiązanie szosowe/przełajowe. Zimą – nawet na szosie – trenuje w butach zimowych MTB więc odpadły pedały Garmina. Na PowerTapa nie zdecydowałem się ze względu na potrzebę przeplecenia koła, a poza tym i tak szkoda byłoby mi karbonowej obręczy w zimówce. Pozostały Stages, SRM i Quarq. Za pierwszym rozwiązaniem przemawiała uniwersalność przełożeń (tarcze korby pozostają takie jak są w rowerze), prostota i szybkość zamiany między rowerami oraz – co tu dużo ukrywać – cena. SRM i Quarq – podobno, precyzja wskazań. Nie wiem, nie miałem, nie porównywałem. Doszedłem do wniosku, że jak będę walczył o najwyższe krajowe tytuły to zainwestuje w „tą” maksymalną precyzję wskazań, a póki co w zupełności wystarczy mi uniwersalny Stages. Nie zawiodłem się…

…okazało się, że czasem opłaca się wrzucać fotki na profil facebooka bo dzięki temu Stages Cycling Europe podeszło do mnie przychylniejszym okiem i bardziej opłacało mi się kupić ramię w ich sklepie internetowym, niż u polskich dystrybutorów. Powiem Wam szczerze, jeszcze nigdy nie byłem potraktowany tak miło jak właśnie przez IMG_1035.jpgdział marketingu Stages. (no może poza Trekiem Bielsko-Biała, gdzie kawa zawsze smakuje wyśmienicie 🙂 ). Jeśli dział obsługi klienta działa u nich na podobnym poziomie – szacun! Mimo mojej maleńkości i wątpliwej sile przebicia Pani była naprawdę sympatyczna na każdym etapie rozmów. Kilka dni po wysłaniu przeze mnie pierwszego maila przyszła do mnie wyczekiwana przesyłka. W paczce poza samym miernikiem znalazłem firmową koszulkę, bidon i czapeczkę – fajny gest. Ciekaw jestem czy każdy takie gratisy dostaje… z mojego doświadczenia szczerze polecam kontakt z firmą Stages Cycling Europe.

img_1043Dobra – koniec z tym „lokowaniem produktu”… przejdę do rzeczy 😉 Trenując z Markiem Konwą, który w każdym swoim rowerze ma pomiar mocy, wiedziałem jak dużą różnicą będzie dla mnie przeskoczenie na trening oparty o pomiar watów.
Teoretycznie byłem do tego przygotowany. Montaż na rower szosowy – banał. Dla kogoś kto ma chociaż minimalne pojęcie o rowerach założenie lub przekładanie między rowerami będzie zajmować nie więcej niż 5 minut – razem z kalibracją. Wyjazd okazał się być klasyczną bazą w równym tempie. Mimo, że nie spodziewałem się niczego wielkiego, bardzo cieszyłem się, że właśnie taki trening był pierwszy – idealna forma zapoznania się urządzeniem. Długie wyjeżdżenie w moich okolicach – czyli w terenie gdzie nawet płaska pętla jest pagórkowata – pozwoliła sprawdzić jak różni się jazda z pomiarem mocy na tle pomiaru tętna. Podczas monotonnej jazdy wodotrysku brak – ot licznik pokazuje waty zamiast hr, tylko dynamika wskazań większa niż w pulsometrze. Różnicę zauważyłem, na krótkich depnięciach pod niewielkie zmarszczki. Mięsień dostaje w kość, waty rosną – co w moim przypadku oznacza 10 sekundowy pik ~15W/kg, na co serce nie jest w stanie za bardzo zareagować. Takie coś trzeba zacząć jeździć inaczej 😉

Pierwszy trening interwałów pokazał jednak, że jakość treningu z mocą to zupełnie inny świat – ale w pełni doświadczyć tego można tylko przechodząc z treningów opartych o puls. Pogoda przestała dopisywać, więc przekładka miernika do przełajówki. Tak jak przypuszczałem – odkręcenie dwóch śrub, odkręcenie korka i skręcenie na drugim rowerze, razem z kalibrowaniem nie zajęło pięciu minut. Zaczynam. Normalnie wyglądało to tak – zaczynałem interwał strzałem z blatu, żeby wkręcić serce na odpowiednie „obroty”, czyli u mnie ~167 uderzeń i pieczenie w nogach od pierwszych sekund. Takie RPE w okolicach 7-8. Po kilkunastu sekundach zwolnienie i w bólach trzymanie tętna do końca powtórzenia. Jak wspomniałem – moc to zupełnie inna historia. Pierwsze naście sekund wydaje się kompletnym absurdem… przecież tak to można ciągnąć w nieskończoność. IMG_1061.jpgSerce w strefie tempa, a mięśnie mocno zrelaksowane. Jednak jak to zwykle bywa – ta nieskończoność robi się strasznie skończona. Po trzech minutach mięśnie zaczynają palić i co mogłoby się wydawać dziwne, po subiektywnym odczuciu RPE 7, bezproblemowo jestem w stanie utrzymać moc na założonym poziomie. Sekundy płyną, waty się zgadzają, nogi palą niemiłosiernie. 9 minut za mną, RPE 9, patrzę na tętno – zaczyna wędrować w strefy mocno beztlenowe… przy treningu z pulsometrem, przy tak długich jak na tę porę sezonu – 10 minut – powtórzeniach, taki zakres hr kompletnie nieosiągalny. Mija 600 sekund, przede mną 5 minut odpoczynku. W głowie pojawia się myśl: „kolejny raz nie dam rady – nie ma Bola”… a jednak! Wszystko zgodnie z planem. Już po pierwszym razie mogłem powiedzieć z czystym sumieniem – WARTO BYŁO! Po pięciu tygodniach spędzonych z tym urządzeniem jestem tego jeszcze bardziej pewien. Teraz z niecierpliwością czekam na 60-90 sekundowe tempówki i treningi łączone (tempówki + interwał) – to dopiero będzie ogień (i ból)!

Więc dla kogo jest ta „moc”? Moim zdaniem, dla kogoś kto już coś jeździ – wydaje mi się absolutnym minimum jeden ukierunkowany i usystematyzowany pełen sezon, niedający szans na paraboliczny wzrost formy. Jest dla osoby mającej pojęcie o swoim treningu. Nie mam tutaj na myśli planowania go – bardziej chodzi mi o znajomość własnego ciała, tego jak reaguje na bodźce.  No i wreszcie,wydaje mi się, najważniejsze – dla osoby nastawionej na cel. Trening z mocą – odnoszę wrażenie, po tych pięciu tygodniach – jest bardziej hermetyczny, wymagający większej dyscypliny i zapatrzenia w cyferki, a niżeli ten oparty o rytm serca. Jeśli jesteś w stanie się z tym pogodzić i masz już jakieś doświadczenie to trening z pomiarem watów jest dla Ciebie 🙂

MARCIN

Jeden Komentarz Dodaj własny

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s