Rowerowe wakacje z nie rowerową rodziną… część 2

To co było wcześniej znajdziecie tutaj.


Urlop to zawsze sztuka kompromisu – jeśli ma być udany dla obojga partnerów, z czegoś zawsze trzeba zrezygnować. Moja żona – jak pewnie większość kobiet – uwielbia słońce i plażę. Baseny, drinki (niekoniecznie alkoholowe) i tak zwane nic nierobienie. Nie przez cały czas oczywiście… ale przez większość 😉 a ja wprost przeciwnie – muszę być w ruchu. Z tego właśnie powodu każdy nasz wyjazd to kompromis – a ten urlop wyszedł podręcznikowo. 

Coś dla żony – Jezioro Garda

G0577993.JPGUrodziłem się i wychowałem w górach (choć przy Alpach to raczej w pagórkach) i źle na mnie działa jak nie widzę horyzontu. To jest naukowo udowodnione, że robię się wtedy drażliwy 😀 Żona jak wcześniej wspominałem, musi mieć wodę, a że oboje kochamy Włochy padło, że większość urlopu spędzimy nad jeziorem Garda. Poszukując najbardziej rodzinnego kempingu wybraliśmy południe jeziora – mieścinę Salionze. Nie będę Was zanudzał szczegółami urlopu rodzinnego, a skupię się na tym, co rowerowe. Od samego początku dokładnie wiedziałem, że jeden z 11 dni jakie tam będę, przeznaczę na objazd całego jeziora. Ale objechanie całego jeziora byłoby zbyt proste i nie byłbym sobą, gdybym jakoś tego nie skomplikował. Około 160 km z niewielkimi przewyższeniami wyglądało zbyt banalnie, dlatego dodałem odrobinę pikanterii tej trasie i zamiast jakiś 500 metrów przewyższeń zrobiłem sobie 1500… Jak? W mieścince Limone Sul Garda wyskoczyłem w góry dodając jeszcze na dystansie jakieś 15 km. Tak to jest, jak człowiek nie wie na co się pisze i w perspektywie temperatury bliskiej 40°C robi taką trasę. Całe szczęście pełne słońce, a co za tym idzie maksymalna temperatura, towarzyszyły mi dopiero od 80 km (zawsze lepiej niż od startu), czyli momentu kiedy wjeżdżałem w góry. Do tej pory było przyjemne 30°C 😉 Cóż – dostałem co chciałem, a może to, na co zasłużyłem(?)… ale to co zobaczyłem to „moje”. A jest na co patrzeć. Większość trasy pokonuje się jadąc u stóp gór mając po drugiej stronie jeziora również widok na góry. Muszę przyznać, że widoki robią wrażenie – szczególnie kiedy, po skoku w bok, wróciłem „z gór” nad jezioro i ukazał mi się piękny widok na Monte Baldo – szczytu o wysokości 2218 m n.p.m. (wybrzeże jeziora jest praktycznie na 0 m n.p.m., więc widok jest niesamowity). Reszta trasy była już trochę „walką o przetrwanie”, a było z czym walczyć, bo miałem do kempingu jakieś 60 km w lejącym się już żarze z nieba. Jak wróciłem na kemping myślałem, że nie wstanę (ale wstałem i nawet wieczorem pojechałem rowerem z rodzinką na okoliczne bajabongo – jednak basen w takim dniu to dobra rzecz). Pozostałe dni nad jeziorem to było tak naprawdę oczekiwanie na powrót w okolice Stelvio, a każdy wyjazd z kempingu na rower to był coffee-ride w poszukiwaniu najlepszego espresso w okolicy… więc po tych mniej-więcej 8 coffee-rideach mogę powiedzieć, że ładnie jest nad Gardą, ale ja jestem góral i południowa część jeziora jest zdecydowanie nie dla mnie 😉

Coś dla męża – Bormio

Prawda jest taka, że ja czekałem tylko na jedno – powrót w Alpy. Ale Alpy to nie kopiec Kościuszki i chcieć to jedno, a to co mi zafunduje matka natura w postaci pogody – to drugie. Codziennie sprawdzałem prognozę długoterminową i im bliżej wyjazdu znad Gardy, tym pogoda wyglądała lepiej. Zaplanowaliśmy trzy dni „dla mnie” – ostatecznie okazało się, że pierwszy dzień będzie średni (i faktycznie był) a dwa kolejne będą bajkowe (również prognoza się nie pomyliła). Trochę żałowałem, że trzeciego dnia nie miałem w planie roweru, ale wypadało być wypoczętym, żeby bezpiecznie dowieźć rodzinę do domu.
Jadąc w kierunku Gardy nieuniknionym było przeprawienie się przez dwie przełęcze – Stelvio i Mortirolo, a co za tym idzie, trzeba było przejechać przez Bormio. Nie jestem szosowcem. Stelvio było na mojej „liście życzeń”, ale nie znałem wówczas otoczki przełęczy, więc kiedy przejechałem Stelvio i trafiłem do Bormio, wiedziałem, że to tam będziemy nocować. Miałem 11 dni na zorganizowanie sobie czasu. I zorganizowałem. W zasadzie 50% zorganizował mi los, ponieważ – tak jak wspomniałem wcześniej – trzeba było przejechać przez Mortirolo, a to wystarczyło, żeby zaplanować sobie jeden z „tych” dwóch dni. Początkowo planowałem wjechać ponownie na Stelvio, ale kiedy zobaczyłem obrazki z innej przełęczy – Gavia – wiedziałem, że to ona będzie moim celem.

Passo del Gavia

Passo_del_gavia.jpgDo Bormio trafiłem w okolicach południa, ale trzeba było ogarnąć rodzinkę i rozpakować samochód – czas na rower był dopiero ok. 15:00, a pogoda za oknem nie wyglądała stabilnie (szczególnie, że miałem wjechać na grubo ponad 2500 m n.p.m). Trudno – będzie co ma być. Jadę. Trafić na drogę prowadzącą na przełęcz Gavia nie jest trudno ponieważ jest sporo drogowskazów. Podjazd nie zaczął się bajkowo. Średnia pogoda, przez moment mżawka i kapeć. W portfelu 5 euro, ale rowerzystów za wielu nie ma. Jednak Włochy to nie Polska i gość widzący mnie z dętką w ręce już z daleka zaczął hamować. Na oko jakieś 65 lat (szacun!) a jego rower to Bianchi w kolorze Celeste – do dzisiaj żałuję, że z Panem sobie zdjęcia nie zrobiłem. Jak to Włoch po Angielsku i Polsku (czyli jedynych znanych mi językach) za wiele nie potrafi – powiem więcej… ni w ząb nie potrafi, więc werbalnie dogadać się nie dało. Ale kolarze porozumiewają się bez słów i wręcza mi dętkę z uśmiecham na ustach, nie chcąc nic w zamian (czy ja kiedykolwiek doczekam takiej postawy u rodaków?). Ale oczywiście wciskam mu co mam – czyli 5 euro. Od tego momentu było tylko lepiej. Po paru kilometrach minąłem trzech Anglików z którymi zamieniłem parę zdań i wesół pojechałem dalej. Robiąc zdjęcia mijałem się z nimi kilkakrotnie, zamieniając jeszcze kilka zdań. Na szczyt dojechałem sam. Widoki zapierające dech. Okolica jak z innej planety. Coś na miarę pejzaży z Władcy Pierścieni, tylko na dwóch i pół tysiąca metrów nad poziomem morza. Bajka – to chyba najlepsze określenie. Droga nie ma tylu serpentyn – co, na zjeździe, bardziej sprzyja rozpędzaniu aniżeli Stelvio. No i sama przełęcz zdecydowanie bardziej „odludna”… mnie się to akurat bardzo podobało. Na szczycie rękawki, nogawki i kurtka wiatrowa bo termometr pokazuje 12°C (dla żądnych takiego tripa – warto zaznaczyć, że na przełęczy byłem 3 lipca i tam dalej zalegał śnieg, więc śledźcie warunki pogodowe przygotowując się do wyjazdu z Polski) i słabo brzmi perspektywa 25 km zjazdu 😉 W między czasie pojawiają się wspomnieni wcześniej Anglicy. Znowu wymiana kliku miłych zdań, wspólna fotka i czas ruszyć do hotelu. Zawrotnych prędkości nie miałem ochoty rozwijać, bo zimno i miejscami ślisko więc czas na ponowne podziwianie widoków. Po niespełna 3 godzinach od startu byłem razem z rodzinką.

Passo del Mortirolo

G1271268.JPGMortirolo zostało dla mnie na deser. Jak się w międzyczasie doinformowałem, ten podjazd parę tygodni wcześniej podjeżdżali chłopaki na Giro d’Italia. To był dzień w którym jeszcze mocniej pokochałem kolarstwo – bo namacalnie doświadczyłem, że na wyciągnięcie ręki są dokładnie te same „areny” na których występują mistrzowie tego sportu. To tak, jakby zagrać na Old Trafford czy Camp Nou.  Na asfalcie jeszcze były hasła motywujące – w tym pomarańczowe dla ekipy CCC 😉 super uczucie. Zanim zacząłem podjeżdżać, nie obyło się bez niespodzianek. Mortirolo nie leży bezpośrednio ponad Bormio – żeby wjechać na przełęcz najpierw trzeba trochę dojechać. Niestety dojeżdżając trochę się pogubiłem, ale przychylność Włochów jest niebywała i mimo słabej znajomości angielskiego z ich strony jakoś trafiłem. Biorę rozpęd, patrzę i nie wierzę… wczoraj podjeżdżając pod Gavię mijałem się z Anglikami i dzisiaj również mam ich przed sobą. Podjeżdżam, zagaduję i pytam czy mogę się przyłączyć – oczywiście nie mają nic przeciwko. Widoki jakie rysują się przed nami w drodze na przełęcz są zupełnie inne niż Stelvio czy Gavia. Mortirolo jest dużo niższe – 1852 m n.p.m. – i z tego co pamiętam, o wiele bardziej porośnięte roślinnością, więc znacznie bardziej zielone. Czułem się tam trochę jak w domu – tyle, że w innej skali 🙂 Podjazd mija na bardzo przyjemnej rozmowie, z której dowiaduję się, że Kwiatek i Majka są dobrze znanymi kolarzami na Wyspach, podobnie zresztą jak ekipa CCC (określona przez moich towarzyszy mianem zadziornej). Kiedy dojeżdżamy na samą przełęcz, wiem czego się wizualnie spodziewać, bo już tamtędy dwukrotnie przejeżdżałem samochodem – zielono i stosunkowo mało efektownie pod względem widoków… ale atmosfera wymiata! Coś czego nie było na Stelvio (bo kolarzy było multum) i na Gavi (bo nie było ich prawie wcale), na Mortirolo atmosfera jest typowo Włoska. Każdy z każdym jest „przyjacielem”. Ciężko mi opisać słowami to czego tam doświadczyłem – porównał bym to do jakiegoś zorganizowanego pikniku, na którym mimo, że spotykają się ze sobą zupełnie obcy ludzie, to lgną do siebie, żeby pogadać, zrobić sobie wspólne zdjęcie czy zjeść razem batona (czy ciastko w zależności co mają w kieszeni). Pod tym względem najlepiej wspominam właśnie tą przełęcz i to do niej najbardziej mi „tęskno”. Na przełęczy Anglicy informują mnie, że oni jadą na drugą stronę – do Ponte di Legno i wracają do Bormio przez Gavię. Komunikują mi jednocześnie, że nie widzą innej opcji i muszę jechać z nimi… i co robić, skoro ja już miałem wracać, a ich pomysł to jakieś 3 godziny więcej w siodle? Chwytam za telefon, przekazuję żonie co ma miejsce i na całe szczęście otrzymuję zgodę:) Kierując się do Ponte di Legno, zatrzymujemy się na obiad w Vezza d’Oglio, gdzie zjadam najgorsze penne pomodoro in my life! Tragedia. Trudno. Ruszamy dalej. Trasa mija na kolejnych rozmowach… o wszystkim – sporcie, polityce, podróżach i życiu 😉 Nawet nie wiem kiedy mija cała droga dojazdowa i zaczynamy podjazd pod Gavię. Niestety Mark i Dave mają dość i odpuszczają. Dadzą Tomasowi znać czy nie będą wracać do hotelu taxą. Tom rusza dalej ze mną. Ten podjazd obfitował w najpiękniejsze widoki jakie kiedykolwiek widziałem – fakt nie widziałem wiele, ale myślę, że każdemu się spodoba. Przełęcz zdobywam w średniej formie – jednak dotychczasowa droga + dzień wczorajszy robią swoje i nogi nie są zbyt świeże, ale wjeżdżam, z czego jestem mega zadowolony. Po 45 minutach dojeżdżają Mark i Dave – wyglądają jak trupy. Po mnie samochodem przyjeżdża żona z córką i jedziemy na obiad. Żegnam się z chłopakami. Mam w świadomości, że to były moje ostatnie rowerowe kilometry we Włoszech tego lata. Dniem w którym zdobywam dwie super przełęcze kończę swój rowerowy urlop – czy mogło być lepiej? Dla mnie nie… no chyba że miałbym nogę i czas żeby sięgnąć po Stelvio. Ale jakieś marzenia trzeba sobie zostawić – czyż nie?

Marcin

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s