Mój sposób na (nie)trenowanie

Ten post miał się pojawić przed MTB Trophy. Miał… ale się nie pojawił, bo się bałem. Bałem się kompromitacji – bo temat jest śliski, a moje podejście do treningu nietypowe i jak bym mega na tej imprezie skończył obstawiając tyły to moje „mądrzenie” się na blogu raczej było by nie na miejscu 😉 Jazda na rowerze w moim wykonaniu nie ma konkretnego celu – jest szeroko pojętą rekreacją. Mimo to lubię się ścigać, ale nie jest to sensem mojego kręcenia. Osiąganie „jakichś tam” sukcesów jest fajne – mimo, że te sukcesy mają wymiar bardziej osobisty, niż faktycznie przekładają się na zauważalne szerszemu gronu wyniki końcowe. Jednakże są, a to (chyba) pozwala mi na podzielenie się sposobem, w jaki je osiągam. Bo ja nie podporządkowuję całego mojego życia treningom.

4546732_origLubię spędzać wolny czas na rowerze, ale nie lubię rutyny i schematów, a teoretycznie kolarstwo – nawet to przez małe „k” jest nieubłagane – plan treningowy musi być zrealizowany… a moje kręcenie nie ma planu, więc kolarstwem nazwane być nie może. Bo tutaj właśnie, moim zdaniem, przebiega granica – ja jestem rowerzystą, a goście którzy mają plan treningowy i się go trzymają – to kolarze (profesjonaliści i „age gruperzy”). Nie myślcie sobie, że przez to w jakikolwiek sposób ludzi-rowerzystów kategoryzuję. To kwestia podejścia do życia. To kwestia podejścia do roweru. Ja mam takie, oni inne. Nie lepsze, nie gorsze – inne.

Nie przeczę – opieram się o jakiś schemat, ale nie 7770968_origdeterminuje on zbyt wiele w moim życiu. Każdemu polecam poświecić kilka wieczorów i przeczytać „Trening z pulsometrem” lub „Biblię kolarza górskiego” Joe Friela (przeczytałem kilka pozycji, ale te chyba w najszerszy sposób zapoznały mnie z tematem treningu wydolnościowego). Weźcie do ręki kartkę, długopis i jeśli czegoś nie rozumiecie posiłkujcie się Internetem. Ja tak robiłem i o dziwo poskutkowało 😉 Dzięki tym książkom zrozumiecie jak organizm reaguje na bodźce treningowe i dowiecie się w jakim momencie sezonu „co ćwiczyć” – przynajmniej ramowo, niekoniecznie precyzyjnie. Tak jak wspominałem – ja żadnego konkretnego planu nie mam i nie rozpisuję, a postępy są. 

7771951_origMój trening opiera się o pulsometr. Obecnie jest to urządzenie które daje możliwość wskazywania strefy w jakiej się znajduję, ale wcześniej był to zwykły, kodowany, pulsometr/zegarek. Żadnych wodotrysków, a i tak spełniał swoją rolę. Teraz jest wygodniej – mniej czasu muszę poświęcać puslometrowi na co dzień, bo wcześniej, przed każdym pomysłem na trening musiałem wklepywać strefę alertu akustycznego, albo po prostu pamiętać w jakich procentach tętna maksymalnego mam jechać. Garmin to czyste wygodnictwo, a nie konieczność – hehe do tego wykorzystuję pewnie 10% jego treningowego potencjału.

Kolejnym krokiem jest plan treningowy. Ja go nie mam. Po co mi konkretny plan skoro i tak się go nie będę trzymać. Dlaczego? Jeśli po długiej zimie wreszcie stopnieją śniegi w górach, a ja w planie miałbym 3h bazy, to nie wiem co musiało by się stać, żebym plan treningowy zrealizował. Albo inaczej – jedyny słoneczny dzień w tygodniu, kiedy wypada regeneracja i ja miałbym siedzieć i nic nie robić? Bankowo wezmę rower i wykorzystam do maksimum czas jaki będę mógł mu poświęcić, bo dzięki tym książkom znam podstawowe zasady. Wczesna zima to ogólnorozwojówka, później baza, a wiosną zaczynają się interwały. Tyle. Na tym kończy się mój schemat. Wiedząc to, rozumiem, że jeśli styczeń pozwoli i mogę pojechać na najwyższy okoliczny szczyt to nie powinienem tego zrobić ogniem, ale spokojnym tempem – łapać tlen ;). Kiedy wiosną nareszcie pojawi się słońce, wyschnie asfalt, a ja nabiorę ochoty na szosę w dniu interwałów – wybiorę taką trasę aby górki się zgadzały i było gdzie przypalić łydę…

…bo największym problemem jaki odstręcza mnie 1161876_origod tradycyjnych treningów to rutyna interwałów i metody powtórzeniowej. A to właśnie nich opiera się dzisiejszy trening kolarski. Ja nie potrafię stanąć pod podjazdem i klepać go co tydzień trzy, sześć czy dziewięć razy z rzędu – to zdecydowanie nie jest dla mnie. Mogę tak zrobić dwa, góra trzy razy w sezonie, kiedy naprawdę czuję, że potrzebuję interwału, a czasu mam niewiele. Na co dzień wolę znaleźć taką trasę, która w sposób naturalny zapewni mi interwałowe zmarszczki. Nie zawsze będą one idealne, nie zawsze zagwarantują pełną przerwę czy idealne powtórzenie – ale nie będą monotonne, co w jest dla mnie szalenie istotne! Bo, powtórzę to jeszcze raz, ja nie jestem fanatykiem treningu… rower to dla mnie przede wszystkim rozrywka 🙂

5884834_origAle zanim pojawią się wiosenne interwały, jest zima… niestety 😦 a zima to zawsze pytanie – jaki trening obrać? Tak! Używam trenażera – ale to mój wybór i nie uważam go za mękę. Dla mnie to lepsze niż nic nierobienie. Gdybym mógł biegać – to pewnie bym biegał, ale nie mogę, bo po 15 minutach zaczyna mnie boleć kolano.  Pływałem… ale dłużej niż 5 minut potrafię pływać tylko żabką, a tej zimy dowiedziałem się, że pływanie tym stylem jest nie wskazane, jeśli ktoś się skupia na rowerze 😉 Tej jesieni popracuję nad kraulem – jak będzie czas 😀 Więc, w środku tygodnia, pozostał mi trenażer… moim sposobem na zabicie czasu przy dłuższych niż godzinny trening to dobry film, a przy interwałach kanał muzyczny… Natomiast weekend zawsze staram się spędzać na rowerze na świeżym powietrzu. Przynajmniej jednego dnia. Nie przeklinam trenażera, ale cieszę się że jest już wiosna i może on sobie spokojnie wisieć na ścianie 😀 Pamiętajcie tylko, że jeśli opieracie trening na trenażerze o tętno, to będzie ono zawsze niższe niż na rowerze, m.in. dlatego, że w prawdziwej jeździe bierze udział więcej mięśni. 

Późna wiosna i lato to już jest bajka… wtedy odcina 9948986_origsię kupony od przepracowanej zimy i wczesnej wiosny. Można jeździć szybciej, wyżej i dalej. To właśnie o tym okresie pisałem że lubię być w formie… Latem kompletnie znika koncepcja na trenowanie – wtedy po prostu jeżdżę. Tak jak czuję się danego dnia. Słucham organizmu i realizuję zachcianki. Jest noga na 120km szosą po przełęczach, to wsiadam i jadę. Jest chęć na wyrypę po górach, pakuję manele i lecę w góry… Z dnia na dzień podtrzymuję nogę… czego i Wam życzę, bo chyba nie ma nic piękniejszego niż niczym nie skrępowany weekendowy trip, bez myślenia „czy dam radę” 🙂

MARCIN

Jeden Komentarz Dodaj własny

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s