Dramat w czterech aktach… Beskidy MTB Trophy

Prolog

280937_origEtapówka organizowana w Istebnej, odbywająca się tradycyjnie w długi weekend, zaczynający się od Bożego Ciała to, bez względu na wybrany dystans – duża impreza. Jest tak nie tylko dlatego,  że to właśnie wyścig etapowy, ale również dlatego, że to impreza organizowana przez Grzegorza Golonko – gościa który jak żaden inny organizator rozumie na czym polega pure MTB. Nigdy nie przejechałem dystansu classic, ale ze względu na nieznaczną odległość Istebnej od miejsca w którym mieszkam i jeżdżę na co dzień – trasy są mi znane (niektóre nawet bardzo dobrze). W moim przypadku wybór dystansu jest raczej oczywisty. Wystarczy wspomnieć, że średni czas zwycięzcy z 2014 roku, jaki spędzał na trasie jednego etapu to 3h 30min. A gdzie tam mnie do Patryka Piaseckiego… Myślę, że ja bym spędzał jakieś 30% więcej czasu, aniżeli on, co daje jakieś 4h 30min na etap – szacunkowo. Ja w tym sezonie odbyłem trzy treningi w okolicach 4h… trzy treningi, a mówimy o wyścigu cztery dni, dzień za dniem po średnio 4:30. Kompletnie nie jestem przygotowany na taki wysiłek w tempie wyścigowym.

Akt I

Pierwszego dnia zawodnicy na dystansie mega mieli 9962257_origdo przejechania  48km i przeszło 1700m w pionie. Trasę tego etapu znałem praktycznie w 80% z innych wyścigów czy wycieczek. Wyścig zaczął się bardzo szybko – praktycznie w tempie klasycznego maratonu. Po liście startowej wiedziałem, że muszę uważać m.in. na Łukasza Chalastrę z Rafako MTB Team ponieważ objeżdża mnie regularnie w Bike Maratonie. Kiedy tylko zauważyłem go w moim pobliżu starałem się usiąść mu na kole. Początkowo się to nawet udało, ale różnica między nami była nie do przeskoczenia. Mając z tyłu głowy, że to pierwszy z czterech dni – odpuściłem zostając sam mniej więcej między drugą a trzecią grupką. Ze względu na własne samopoczucie, odpuszczenie okazało się dobrym rozwiązaniem – kiedy tylko uspokoiłem oddech zacząłem wyprzedzać kolejnych zawodników z dystansu klasycznego. Po zdobyciu Wielkiego Stożka zaczął się początkowo szybki zjazd drogą techniczną który z czasem zmienił się w bardziej stromy i zdecydowanie bardziej techniczny, co nie pozwalało odpocząć. Następnie krótki podjazd pod Mały Stożek i odbicie na dłuższy zjazd. Zjazd początkowo prowadził szybkim singlem z fajną przyczepnością… pozostałość wilgoci w górach na jednym z drewnianych mostków oraz chwilowe rozluźnienie doprowadziło do mojej wywrotki. Całe szczęście jedynymi stratami było parę sekund na pozbieranie się i ubłocona rękawiczka. Dalej szybki zjazd asfaltem, trochę pól i ponownie pod górę. Początkowo asfaltem, następnie drogą techniczną. Jak na złość ciągle sam. Na rozjeździe zauważyłem, że jest kogo gonić – Niemca, Mirko, który miał jak liczyłem ok. 30 sekund przewagi. Mocno zniszczony łącznik był miejscem, gdzie chwila nieuwagi mogła doprowadzić do usterki w postaci urwanego haka przerzutki lub wkręcenia się luźnych gałęzi w szprychy. Kiedy dotarliśmy na szlak łączący Czantorię z Soszowem doskonale wiedziałem, że tylko różnica w generowanej mocy będzie decydować kto szybciej wjedzie na szczyt ponieważ szlak, w kategoriach MTB, nie ma najmniejszych technicznych niedogodności. 3547920_origNa Soszów wdrapałem się szybciej atakując na ostatnich metrach podjazdu licząc, że zjazd zadziała na moją korzyść. Niestety było odwrotnie – Mirko doskonale czuł się na wypłaszczeniu na moim kole (myślę, że pomagał mu w tym również zawieszony rower). Zjazd nic nie zmienił i na podjazd pod Mały Stożek dotarliśmy koło w koło. Dotychczasowe zmęczenie i świadomość uczestnictwa w wyścigu etapowym doprowadziła do tego, że nie miałem zamiaru szarpać się pod bardzo sztywny i techniczny podjazd, więc zszedłem z roweru. Mirko zrobił to samo. Przed szczytem dowiedziałem się, że w tym momencie jestem uczestnikiem walki o środkowe miejsce na podium. Na szczyt dotarłem szybciej co dało mi przewagę własnego tempa na rozpoczynającym się singlu. Pokonałem go bez przeszkód i rozpocząłem ostatni tego dnia podjazd po szerokich i średnio nachylonych szutrówkach. Tego dnia doskonale się czułem na tego typu podjazdach co pozwoliło mi umocnić przewagę nad Niemcem. Resztę trasy, w większości krótki asfaltowy podjazd pokonałem sam. Ostatnie „metry” przed metą to znany dla każdego uczestnika imprez w Istebnej las ponad amfiteatrem – jedyne czego żałuję, to brak ostatnich korzeni które przy okazji ostatnich testów Specialized jakie odbyły się w Istebnej, nauczyłem się zjeżdżać bez podpórki 😉 Leśne single przejechałem spokojnie zerkając przez ramię czy przypadkiem Mirko nie nadrobił dystansu 🙂 Na metę wjechałem jako drugi z ponad 3 minutową przewagą i ponad 4 minutową stratą do lidera.

Akt II

8502183_origSłabo pamiętam początek tego etapu. Nie wiem czy to przez tremę spowodowaną czekającym mnie dystansem – 67km – i przewyższeniami – 2250m, czy może fakt, że początek nie był zbyt zapadający w pamięć. Wydaje mi się, że był połączeniem szutrowych i asfaltowych podjazdów – kompletnie bez historii. Historia zaczęła się na ok 28km… po zjeździe zaczął się długi asfalt przechodzący w szuter. Od początku byłem na nim sam, ale mając przed oczami profil trasy mimo wszystko nie chciałem być zespawany przez goniącą mnie grupkę, ponieważ widziałem w niej przynajmniej dwie czarne tabliczki oznaczające zawodników z mojego dystansu. Patrząc przez ramię niestety widziałem też, że dystans, pomału ale jednak, maleje. Na moje szczęście zaczął się mocniejszy podjazd na którym chłopaki się „rozjechali” 🙂 Mnie dojechało trzech cllasiców, którym szybko usiadłem na kole, chwilę odpocząłem i zaczęliśmy jechać dalej. Górskie szlaki nie sprawiały trudności technicznych więc wspólna jazda była możliwa praktycznie pod samą Zapolankę. Duże nachylenie i luźne kamienie skutecznie utrudniały jazdę i na paręnaście metrów zmuszony byłem pchać rower pod górę… jako, że znacznie bardziej męczy mnie pchanie od jeżdżenia wskoczyłem na rower najszybciej jak się dało i mozolnie wdrapałem się na szczyt. Mały incydent z żelami które wypadły mi z kieszenie zmusiły mnie do zatrzymania przez co zgubiłem swoją grupkę. Strata raczej niewielka bo czekała mnie klasyczna spalara czyli pełne słońce i sztafja której trakcja w takich warunkach jest bez zarzutu. Albo masz nogę i jedziesz, albo nie masz i pchasz – nie ma tłumaczenia, że „koło zabuksowało”. Tego dnia szczególnie mocno cieszyłem się, że nie jadę pełnego dystansu bo „mój” podjazd był zdecydowanie krótszy. Na rozjeździe już wiedziałem, że znowu będę gonić Mirko. 5760465_origWiedziałem też, że nie będzie to takie łatwe, ponieważ nie było przewagi znajomości trasy. Przez dobre kilka kilometrów które jechaliśmy „szczytami” odrobiłem może 15 sekund. Czekałem na zjazd w którym upatrywałem swojej szansy. Nie pomyliłem się – czy to przez złe obranie trasy, czy przez błędy techniczne, Mirko złapał kapcia i został w tyle. Takiej ilości leśnych zjazdów nie zaliczyłem chyba jeszcze nigdy. Odnosiłem wrażenie, że wytyczający trasę postanowił naszymi siłami (przecież miało tędy przejechać ok. 200 osób) wytyczyć nowy szlak 😉 Naprawdę niewiele było widać w trawie i przez chwilę kiedy straciłem koncentrację rower chciał mnie wysadzić z siodła. Jakimś cudem się odratowałem, jednak przypuszczam, że w tym momencie uszkodziłem oponę co słabo działało na psychikę na następnych etapach… Kiedy skończył się zjazd zaczęły się asfalty z delikatnym wzniosem. Na drugim bufecie dowiedziałem się, że mam ok. 6 minut straty do lidera – wiedziałem doskonale, że jest kompletnie poza moim zasięgiem i jedyne co mogę zrobić to bronić drugiego miejsca. Golonkowe wypłaszczenie (tzn. wypłaszczenie które i tak jest pod górkę, ponieważ u niego w imprezach próżno szukać odcinków z nachyleniem 0%) ciągnęło mi się w nieskończoność. Czułem jak z każdym metrem opadam z sił. Tak jak przypuszczałem około trzeciej godziny miałem kryzys. Trwał dobre 15minut przez które starałem się trochę więcej pić po wciągnięciu żela. Całe szczęście asfalt się skończył, ale zaczęły się bardziej strome podjazdy. Noga się rozkręciła i jakoś dalej poszło. Przejazd technicznym singlem w okolicach bodajże Gańczorki, który dosyć mocno zarósł odkąd tam ostatnim razem byłem, okazał się najbardziej płynnym w moim wykonaniu odkąd tam jechałem po raz pierwszy. Na jego końcu dowiedziałem się, że straciłem kolejne 2 minuty. Jakoś mnie to nie zdziwiło biorąc pod uwagę kryzys jaki mnie wcześniej dopadł. W myślach już modliłem się o ostateczny zjazd… ale nie ma tak łatwo – jeszcze trzeba było trochę powalczyć. Trochę zmarszczek i płaskich mocno nierównych łąk wybijało z równego rytmu. Kiedy wjechałem na metę naprawdę mocno cieszyłem się, że to już koniec. Straciłem do zwycięzcy ponad 10 minut a trzeci zawodnik przyjechał dwie i pół minuty później. Po tym dniu wiedziałem, że przewaga jaką zbudowałem nad trzecim miejscem zepsuć może tylko awaria.

Akt III

8197380_origNajkrótszy dzień planowałem przejechać spokojnie. Dystans nie przerażał – 40km z przewyższeniem sięgającym  1550m. Chciałem go przejechać bez szarpania tempa. Do Łukasza miałem taką stratę, że nie miałem możliwości jej nadrobić. Jemu, jeszcze bardziej niż mnie, nikt nie zagrażał 😉 Jak zaplanowałem, tak też robiłem przez cały etap. Rafała Gorzelnego, jadącego przez cały czas w mojej okolicy „puszczałem” na podjazdach, ale na dystans nie większy niż możliwość zniwelowania straty na szczycie szybkim sprintem, po to, aby na każdy zjazd wpadać szybciej od niego 🙂 Sposób okazał się skuteczny, ponieważ po każdym zjeździe musiał odrabiać powiększający się wtedy dystans. Etap mocno klasyczny dla Istebnej, z podjazdem pod Ochodzitą był mi bardzo dobrze znany, co działało na moją korzyść, szczególnie przez pryzmat mojego planu, ponieważ wiedziałem gdzie można odpuścić, a gdzie robić tego nie mogę. Na wszystkich podjazdach widziałem w oddali prowadzącego Łukasza, który zapewne miał dokładnie taki sam plan jak ja i kontrolował moje tempo. O dziwo, kiedy trafiliśmy na szybkie trawiaste „single” dystans między nami zmniejszył się na tyle, że nie trzeba było podjazdu żebyśmy mieli kontakt wzrokowy. Na bufecie udało mi się dojechać lidera, od którego się dowiedziałem, że zaliczył dzwona. Całe szczęście na tyle niegroźnego, że nie przeszkadzał mu w jeździe swoim tempem. Na następnym podjeździe dojechał nas również Rafał i powróciła kalkulacja. Techniczne single w okolicach Koziej Grapy rozciągnęły naszą trójkę. Swoją drogą to właśnie trzeci etap uważam za najładniejszy i najciekawszy z całej imprezy od strony kolarstwa górskiego. Po szybkich zjazdach w okolicach S69, na pierwszym podjeździe znowu się zjechaliśmy. Ja w dalszym ciągu oszczędzając nogę na finałowy podjazd nie miałem zamiaru gonić Łukasza, który spokojnie od nas odjechał. Ostatnie zjazdy nie należały do skomplikowanych technicznie, ale wystarczyły żebym stracił kontakt wzrokowy z Rafałem. Taki stan utrzymywał się do ostatniego – bardzo sztywnego podjazdu. Wypracowana przeze mnie przewaga była wystarczająca, żebym bez naginania ponownie wjechał na metę na drugiej pozycji tracąc półtorej minuty do Łukasza i powiększając przewagę nad Rafałem o kolejne 30 sekund.

Akt IV

Ostatni dzień znałem zdecydowanie najlepiej. 3954224_origTrasę tego etapu w całości lub częściowo pokonywałem kilkukrotnie (w tym na innych maratonach GG). Wiedziałem, że łatwo nie będzie. Na starcie nogi nie czuły się już zbyt świeżo – w końcu trzy dniu w wyścigowym tempie zrobiły swoje. Jako, że najgorsze podjazdy ulokowane były na końcu etapu nie miałem zamiaru jechać ich wypalony – Stecówkę i Salmopol jechałem mocno kontrolnie, bez naginania. Widać dotychczasowe etapy zrobiły większe wrażenie na konkurentach ponieważ już na pierwszym podjeździe zająłem swoje miejsce w szeregu na krótkim dystansie. Kiedy wpadłem na pierwszy mocny zjazd wiedziałem, że moja przewaga tylko się umocni, ponieważ konkurenci za mną zdecydowanie odstawali w aspekcie technicznym. Stromy zjazd przeszedł w techniczny szybki singiel a następnie asfalt, który doprowadził nas do Wisły. W tym miejscu zaczął się najdłuższy tego dnia podjazd. Początkowo asfaltowy, następnie płytowy. Lekko nie było. Kiedy podjazd zrobił się szutrowy za plecami zauważyłem goniącego mnie Rafała. Wiedziałem co mnie czeka dalej więc jechałem spokojnie swoje. Kiedy trasa zrobiła się bardziej techniczna dystans nas dzielący przestał się skracać. Na Salmopol wpadliśmy mniej więcej z 30sekundową różnicą, ale w tym miejscu dla mnie skończyła się kalkulacja. O ile zjazdy jechałem spokojnie, o tyle na podjazdach nie chciałem dać łatwego życia goniącemu mnie zawodnikowi. Już sama szeroka szutrówka łącząca Salmopol z Malinowem pokazała mi, że w nogach mam więcej niż Rafał. Szybki techniczny zjazd i już straciłem z nim kontakt wzrokowy. 2906514_origBufet na którym się zatrzymałem i spokojnie wypiłem kubek wody (pierwszy raz na tej imprezie) i zaczął się najbardziej sztywny podjazd tego dnia. Na tyle sztywny, że na ostatnim stromym odcinku przed szeroką szutrówką (która później przechodzi w asfalt i płyty) prowadzącą do Malinowa, trzeba było zejść z roweru. Zerknąłem przez ramię i zobaczyłem, że goniący mnie zawodnik również pcha rower. Super – był zdecydowanie dalej niż ostatni raz kiedy go widziałem za Salmopolem 🙂 Czekał mnie szybki przejazd Mainowem i średnio trudny, szybki zjazd w okolice jeziora. Przejazd przez tamę i ostatni tego dnia (i na tej imprezie) podjazd pod zameczek prezydenta RP. Klasyka. Mając cztery dni w nogach potrafi dać w kość – nawet na góralu. Przez cały czas zerkałem przez ramię i cieszyłem się, że nie widzę nikogo z numerkiem 🙂 Podjazd pokonałem równym tempem. Za nim już czekało mnie kilka zjazdów i przelotów bocznymi drogami. Nie ryzykowałem – każdy zjazd jechałem jak z jajkami. Na metę wjechałem kolejny już raz drugi z czterominutową stratą i dwu i pół minutową przewagą nad trzecim Rafałem. 

Epilog

Za metą padłem jak piątka! Opadły emocje które trzymały mnie w kupie przez cztery dni. Nagle – jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zaczęły ciążyć nogi. 7112498_origNie miałem wielkich planów na tej imprezie… zdecydowanie nie takie jak mi wyszły. Były ciche pragnienia wejść na pudło raz czy na etapach w kategorii… ale nie 2 miejsce OPEN. Jedyne czego mogę żałować to kategoryzacji grup wiekowych – przecież jestem rocznikowym trzydziestolatkiem, a ścigam się w M2 – w grupie wyższej byłbym liderem –jeszcze mocniej niezagrożonym niż Łukasz, bo pierwszy w M3 miał do mnie, ostatecznie, 40 minut straty, a ja traciłem „jedynie” 20 :D. W tym miejscu chce pogratulować Grzegorzowi kolejnej świetnej imprezy! Ani przez minutę nie czułem 4434863_origsię zawiedziony. Chłopaki od oznakowywania tras wykonali KAWAŁ rewelacyjnej roboty. Pierwszy raz na imprezie u GG nie zgubiłem trasy – a kto mnie zna i wie jak jeżdżę, wie że takie oznakowanie to wyczyn! Michał – świetna robota! Co do otoczki – ja nic więcej nie potrzebuję. Na bufetach jeśli z czegoś korzystam to z wody, ale widziałem na nich pomarańcze, banany i żele. Rzucał mi się w oczy również izotonik. Na końcach etapów – makaron, który o dziwo nie był rozgotowany a w sosie było mięso :O Porcja raczej nie była obiadowa, albo na pewno nie było głodowa.  Czego chcieć więcej? Chyba tylko mocniejszej nogi, żeby można było pojechać classic 😉

MARCIN

Jeden Komentarz Dodaj własny

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s